hannibunnylecter: (Default)
[personal profile] hannibunnylecter
Tytuł: Jinkies! albo o tym, że Apokalipsa blednie wobec problemów osobistych.
Autorka: [livejournal.com profile] lucyannethropy (aka miss Anne Thropy)
Pairing, postacie: Dean/burger, Dean/Magic Fingers, Dean/ciasto, Dean/Impala, Dean/Led Zeppelin, co jeszcze… a, tak, Dean/Castiel; Sam/laptop, Sam/sałatka, Sam/sok pomarańczowy (nieodwzajemniona miłość), Sam/Gabriel (sugerowane) 
Ostrzeżenia: Bo ja wiem. Trochę UST, zwłaszcza między Deanem a Impalą. Kompletny brak pomysłu na fabułę, ale to już u mnie standard. Seks w Impali. I lodziki. Buahaha, joł.
Notka: DEDYKOWANE [livejournal.com profile] kasssumi, BO GDYBY NIE ONA, TO TEN TEKST BY NIE POWSTAŁ. Jest to kontynuacja ...gdyby nie te przeklęte demony. Tamten tytuł nawiązywał do cytatu z serii o Scoobym Doo, tak samo jak ten zresztą.
Notka 2: Alternatywne (czyt. nie-angstowe) zakończenie sezonu 6. Nie jestem do końca zadowolona ze sceny seksu, ale lepsza już nie będzie, więc suck it.
Notka 3: Nie zmieściło mi się w jednym poście (pewnie tekst jest za długi o jedno zdanie, jak znam swoje szczęście), więc podzieliłam na mniej więcej równe części.
Notka 4: Rozmowa o Supermanie i kryptonicie złamała mi serce, dlatego musiałam ją poprawić. Czytaj: sfluffować. I regret NOTHING.


Jinkies! albo o tym, że Apokalipsa blednie wobec problemów osobistych.

     - Zabij mnie, Sammy, zastrzel mnie jak psa – chrypi Dean, a przynajmniej wydaje mu się, że tak chrypi, bo w jego uszach brzmi to jak… no cóż, jak chrypienie, owszem, ale raczej takie wydawane przez nienaoliwione zawiasy, a nie przez istotę żywą.
      Półżywą.
      Na szczęście jego genialny braciszek ma - pośród zapewne niezliczonych, choć sprytnie ukrywanych zalet - także zdolności językowe i już dawno udało mu się opanować późno-pijacko-Deański (dialekt kacowy) w stopniu wybitnie zaawansowanym. A do tego jest najbardziej wredną suczą na świecie, trzeba tu nadmienić.
      - Wiesz, co najlepiej pomaga na kaca?
      - Nie mów tego na głos – jęczy Dean, ale nadmieniono już, że Sam jest wredną suczą, prawda? Więc Dean ledwo ma czas, żeby spaść z łóżka i dowlec się do łazienki, kiedy Sam z dziką satysfakcją w głosie odmalowuje przed nim wizję tłustych burgerów zaserwowanych w popielniczce pełnej petów.
      - Chciałbym wiedzieć, po kim masz tę sukowatość, ty sukinsynu – mamrocze Dean, kiedy wreszcie ma pewność, że jedynym, co wyjdzie z jego ust będą powyższe słowa. Wszystko inne spływa już wesoło rurami i Dean, krzywiąc się, próbuje pogodzić ze sobą odrażającą wizję burgera w popielniczce z faktem, że naprawdę ma na tego burgera ochotę, bo w jego żołądku otworzyła się teraz czarna dziura, która domaga się natychmiastowego zapełnienia. Zamiast tego Dean wyciska na język pół tubki pasty do zębów.
      Sam chichocze, zadowolony, że wreszcie udało mu się odegrać za sytuację sprzed lat (Jezu, Sammy, dorośnij wreszcie), ale przy okazji obrzuca Deana zatroskanym spojrzeniem, zerkając przez otwarte drzwi łazienki.
      - Dobrze się czujesz?
      - Zajebiście – odpowiada nieco bełkotliwie Dean, wypluwając pastę i spłukując miętowy smak, który przyprawia go o suche skurcze wymiotne. Podchodzi chwiejnym krokiem do łóżka. – Z wyjątkiem tego, że urwał mi się film i nie pamiętam nawet, kiedy tu przyjechaliśmy.
      - Musiałeś nieźle zabalować, kiedy wyszedłem. – W głosie Sama słychać wyrzut i źle zakamuflowany niepokój.
      - Musiałem – potakuje Dean. – Ale i tak nic nie pamiętam. Chociaż… – Dean przygląda się swojemu wygniecionemu ubraniu, którego najwyraźniej nie zdążył zmienić, zanim zapadł w pijacki letarg (nic dziwnego). – Ha! Pachnę jak seks. Znaczy, że przynajmniej miałem towarzystwo.
      - Albo że twoja rączka poczuła się zaniedbywana – dogryza mu Sam, ale Dean wie lepiej. Na kacu jego powonienie wyostrza się tak, że Dean bez trudu może na sobie wyczuć obcy zapach. No, może nie do końca obcy, ale aż tak dobrego węchu to Dean nie posiada, więc w końcu przestaje węszyć. – Znalazłem cię na podłodze przy prysznicu, tak dla twojej wiadomości. Mogłem cię wpakować pod zimną wodę, ale zamiast tego pozwoliłem ci się wyspać na łóżku. Wiedz, jakim jestem wspaniałym bratem.
      - Wspaniali bracia przynoszą niedysponowanemu rodzeństwu porządne śniadanie, Sammy. Musisz się jeszcze dużo nauczyć.
      Sam bez słowa wskazuje stolik przy łóżku Deana, na którym leży papierowa torba z Happy Burger World.
      - Na pewno zapomniałeś o ciastku – mruczy Dean, tak dla zasady, ale ciastko jest, burgery mają dodatkową cebulkę i zero sałaty, a kawa jest gorąca i pachnąca, więc Dean szybko wpycha do ust garść frytek i mamrocze coś, co można uznać za podziękowanie, chociaż równie dobrze mogłoby to być coś w rodzaju „cholerny mądrala”, ale po to właśnie te frytki, żeby nie można było zrozumieć. Sammy i tak wydaje się usatysfakcjonowany, bo nie ględzi więcej, tylko wraca do swojego laptopa i automatycznie przechodzi w tryb łowcy.
      - No więc, mamy robotę. W sąsiednim mieście zginęła kobieta. W zamkniętym od środka mieszkaniu.
      Dean czeka na dalsze informacje, ale Sam czasem bywa cholernym showmanem i oczywiście nie udzieli ich sam z siebie.
      - Okej – poddaje się w końcu Dean. – To skąd wiemy, że to nie samobójstwo ani fabuła podrzędnego kryminału? Bo wiemy, tak?
      - Bo – Sam rozjaśnia się i odwraca laptopa monitorem w kierunku Deana, pokazując zdjęcie, które dla skacowanego mózgu wygląda jak barwna plama. – wisiała głową w dół, przybita do ściany 15-calowymi gwoździami, na których główkach wyryto sumeryjskie zaklęcia, o ile mogę się zorientować po tych szkicach. Och, i ktoś wyrwał jej oczy i wcisnął jej do gardła.
      - Tyle zachodu – mruczy Dean, żując burgera. – Nie wystarczyło wyrzucić jej ze znajomych na fejsie? Może to tylko zwykły psychol z inklil… linki… iniklili… ze świrem na punkcie starej religii?
      Sam krzywi się, wyraźnie nie podzielając poczucia humoru brata. Otwiera kolejne okienko w przeglądarce.
      - Według miejscowej legendy w okolicach tamtego budynku żył… - zaczyna, ale Dean przerywa mu bezlitośnie:
      - Żadnych legend przed śniadaniem, Sammy.
      - Przecież właśnie je zjadłeś!
      - Nie-e – Dean podnosi palec wskazujący. – To było uzupełnienie kolacji. Teraz jestem gotowy na śniadanie. Znaczy będę gotowy, po prysznicu.
      - A potem kupimy ci Scooby-chrupki – mamrocze Sam i Dean czuje, jakby coś dziabnęło go pod żebro, kiedy to słyszy, ale nie może skojarzyć, dlaczego coś miałoby go dziabać z powodu chrupków. – Serio, gdzie ty to wszystko mieścisz, karzełku?
      Dean zabija go spojrzeniem, ale Winchesterowie są jak karaluchy, więc Sam żyje sobie dalej i szczerzy się znad laptopa.
      - Rób się na bóstwo i wychodzimy.
      - Pierdol się – radzi mu Dean i zamyka się w łazience.


         ***   

Jest niedzielne przedpołudnie (nie ma weekendu dla bezbożnych, myśli filozoficznie Dean) i knajpa, przed którą parkują, jest pełna rodzin stacjonujących tu po drodze do jakiegoś lokalnego parku rozrywki. Głowa Deana prawie eksploduje, kiedy wchodzą do środka, ale na szczęście budka, w której siadają, w znacznej mierze izoluje ich od jazgotu, więc właściciele nie muszą się obawiać zmiany wystroju na art mózgeaux. W dodatku serwowane tu burgery okazują się boskie – czterowarstwowe potwory z wołowiną, która jeszcze rankiem muczała gdzieś na teksaskiej farmie, z plastrami bekonu bezwstydnie wystającymi ze środka niczym języki gwiazd porno, z cebulą pokrojoną w grube, soczyste krążki, a nie jakieś ledwo wyczuwalne mini-kosteczki, z sosem, który smakuje jak wielokrotny orgazm i jest go tyle, że wkrótce zaczyna ściekać Deanowi po brodzie (na co Sam patrzy z niesmakiem, ale kij mu w oko, połowa burgerowej rozkoszy to usmarowanie się sosem) i najbardziej chrupiącą bułką, jaką Dean miał kiedykolwiek przyjemność – ekstazę – spożywać.
      Z każdą chwilą twarz Sama robi się jeszcze bardziej sucza niż zwykle, w miarę jak Dean zaczyna z siebie wydawać coraz bardziej pornograficzne dźwięki. Na litość boską…
      - Stary, opanuj się – syczy w końcu, zażenowany. – Albo wynajmijcie sobie pokój.
      - Nie wyżywaj się na mnie za to, że twoje jedzenie nie daje ci tyle satysfakcji – odpowiada Dean, obrzucając pogardliwym spojrzeniem sałatkę Multi-Veggie, którą Sam chrupie w całkowitym milczeniu. – Nie powinieneś tkwić w związku, który cię nie zadowala, Sammy. Spróbuj czegoś nowego. Dodaj życiu pikanterii – podsuwa bratu buteleczkę sosu tabasco.
      - Odezwał się specjalista od związków.
      - Hej – Dean oblizuje palce i mruży oczy, pojękując z zadowoleniem. – Wiem o nich na tyle dużo, by trzymać się od nich z daleka. Och, mój Boże, te frytki są jak seks w Impali.
      - Nie mów mi, że robiłeś to w Impali, przecież ja tam czasem nocuję! – Sam macha rękami w bezsilnej złości. – Ohyda.
      - Seks to naturalna rzecz, Sammy. Powinieneś jej czasem spróbować, skoro tak lubisz żyć w zgodzie z naturą.
      - Palant – mruczy Sam, z furią dziabiąc sałatkę widelcem.
      - Sucz. To co z tym psycholem od oczu w gardle?
      Sam łypie na niego.
      - No więc podobno mieszkał tam na początku dwudziestego wieku krawiec…
      Dzwonek nad drzwiami knajpki dźwięczy, drzwi się otwierają i do środka wchodzi wepchnięty nagłym podmuchem wiatru Castiel. Jego płaszcz łopocze przez chwilę, zanim drzwi się zamykają, a anioł toczy spojrzeniem po lokalu. Kiedy spostrzega braci Winchester, rusza w ich kierunku, zwinnie wymijając stoliki i biegające bezładnie dzieci. Dean przyłapuje się na tym, że wgapia się w idącego Castiela z czymś w rodzaju podziwu. Bo też mało kto porusza się tak płynnie, z takim wdziękiem i… no wiecie. To jest taki męski podziw. Całkowicie męski i heteroseksualny podziw żywiony wobec kogoś, kto potrafiłby wyrżnąć armię demonów, robiąc z tego balet. Nie żeby Dean lubił balet. Nawet dwukrotny seans „Czarnego łabędzia” nie zdołał go przekonać. Ale Castiel porusza się tak zgrabnie…
      Dean napycha sobie frytek do ust i intensywnie wbija wzrok w obfity dekolt kelnerki.
      - Witaj, Dean. Sam – Castiel siada obok Deana, przyciskając się do niego ramieniem na wąskiej kanapie. Dziesiątki pogadanek na temat przestrzeni osobistej najwyraźniej poszły w zapomnienie, chociaż Dean nigdy jeszcze nie widział, żeby Cas naruszał przestrzeń Sama czy kogokolwiek innego, więc może Cas jest po prostu wrednym sukinsynem, który lubi wyprowadzać Deana z równowagi i tylko udaje takie słodkie niebieskookie niewiniątko. Nie, Dean wcale właśnie nie pomyślał słowa „słodki” w odniesieniu do Castiela.
      - Hej, Cas. Co słychać?
      - Nic nowego, poza tym, co miałem ci powiedzieć wczoraj, ale za względu na to, co zaszło, nie powiedziałem.
      - Och – mówi Dean i na wszelki wypadek szybko dodaje: - Przepraszam. Byłem pijany jak świnia i pewnie ci nabluzgałem, tak? Sorry, Cas, nic nie pamiętam, ale przepraszam. To o co chodziło?
      Castiel patrzy na niego w milczeniu, marszcząc brwi i nieznacznie poruszając wargami, jakby chciał coś powiedzieć. W końcu jednak wzdycha i odwraca wzrok.
      - Nie masz za co przepraszać, Dean. Nic się nie stało. Nic ważnego, jak widać.
      - Super – Dean pakuje do ust kolejną porcję frytek i, tknięty nagłą sympatią, podsuwa talerz Castielowi. – Spróbuj. Normalnie orgazm. Przynajmniej w ten sposób poczujesz, jak to jest. – Szczerzy się niewinnie i poklepuje Castiela po ramieniu.
      Castiel obrzuca go szybkim spojrzeniem, które Dean uznaje za spanikowane, po czym bierze w palce jedną frytkę i z namaszczeniem podnosi ją do ust. Dean nie ma pojęcia, dlaczego ten widok wydaje mu się tak fascynujący – poza tym, oczywiście, że obok niego siedzi anioł Pański w tanim prochowcu, żujący w skupieniu frytkę w pełnej rozwrzeszczanych dzieciaków żarłodajni, co samo w sobie nie jest czymś, co normalni ludzie widują na co dzień – ale nie może oderwać wzroku.
      - No i jak? – pyta niecierpliwie, kiedy Castiel przełyka.
      - Smakuje jak smażony ziemniak z przyprawami.
      - Mówisz tak, bo nie masz z czym porównać – Dean zabiera talerz i zjada resztę frytek. – No dalej, co tam miałeś nam powiedzieć, czego nie powiedziałeś mi wczoraj? Crowley zapoznał cię z jakimś swoim kolegą?
      Castiel zaciska wargi.
      - Mówiłem ci, że współpraca z Crowleyem jest koniecznością. Nie mam innego wyjścia, Dean. Nie możesz tego zrozumieć?
      - Okej, okej – Dean podnosi obie ręce. – Domyślam się, że już o tym rozmawialiśmy. Wczoraj. Tak?
      Castiel kiwa głową, chociaż trochę niepewnie.
      - Między innymi.
      - I nawrzeszczałem na ciebie, a ty odfrunąłeś, a ja znalazłem sobie jakąś fajną laskę, żeby odreagować.
      - Powiedzmy – mamrocze Castiel, dziwnie skrępowany. Sam zaczyna mu się uważniej przyglądać, ale anioł natychmiast przechodzi w tryb Terminatora z twarzą jak kamień i kijem w tyłku, więc Sam nie może rozszyfrować, co go w ten tyłek ugryzło.
      Dopiero gdy Dean podnosi kubek z kawą i znowu zaczyna wydawać te swoje odgłosy – widocznie kawa dorównuje burgerom i frytkom, czego Sam nie może niestety powiedzieć o swoim soku pomarańczowym i kto do cholery mógł się spodziewać, że sok pomarańczowy będzie tak paskudny?! – a Castiel rzuca mu ukradkowe spojrzenie, rumieni się (SZOK!) i wysuwa koniuszek języka, by przesunąć nim szybko po wargach (PODWÓJNY SZOK Z LODEM I PARASOLKĄ!!!), Sam załapuje.
      Oż kurwa.
      Oż… KURWA.
      Dean nadal entuzjastycznie siorbie swoją kawę, a Sam nie może odlepić oczu od Castiela, który nagle wygląda jak wyrzucony z samochodu, moknący na zimnym deszczu szczeniaczek.
      Sam nie lubi się powtarzać, ale…
      …oż…
      …kurwa…


      ***

No więc od tej pory Sam zaczyna zauważać pewne rzeczy. Na przykład to, że Castielowi już nie zdarza się lądować tak, że zajmuje prawie tę samą przestrzeń, co Dean. Teraz już zawsze pojawia się w przepisowej odległości. Albo to, że anioł już nie przewierca (czytaj: pożera) Deana wzrokiem, jak to miał w zwyczaju, ale dość szybko odwraca od niego oczy i woli patrzeć na Sama. Co jest cholernie krępujące i Sam nie może zrozumieć, jak Dean mógł wytrzymać to laserowe spojrzenie, ba, a nawet odpowiadać Castielowi tym samym. Sam nie może. Albo to, że ilekroć Castiel wymawia imię Deana, jego głos robi się niższy, drżący, i Cas niemal natychmiast musi odchrząknąć, by to ukryć.
      Krótko mówiąc, Cas zachowuje się jak dziewczyna porzucona zaraz po pierwszej randce. Sam nie ma ochoty się domyślać, skąd mu się to wzięło, ale się domyśla – coś się wydarzyło, coś, co Castiel pamięta, a co Dean najwyraźniej utopił w alkoholowym zapomnieniu.
      Bo Dean zdaje się niczego nie zauważać. Tępy młot.
      Sam ma okropne przeczucie, że będzie musiał porozmawiać ze swoim bratem. Ta myśl przeraża go bardziej niż nadchodzący sequel Apokalipsy.

***

- Dean! – nie wytrzymuje w końcu Sam. Serio, czasem ma ochotę udusić swojego brata. Albo zastrzelić. Albo dziabnąć nożem. Albo naszprycować czymś te jego cholerne ciasta i burgery i „ups, zapomniałem, jaki jest numer na pogotowie”.
      Dean przestaje jęczeć, ale nie na długo, bo dopiero co wrzucił kolejną ćwiartkę do automatu i Magiczne Paluszki będą go czarować jeszcze przez co najmniej pięć minut.
      Pięć minut perwersyjnego jęczenia, jakby… NIE, Sam nie będzie o tym nawet myślał. Tylko że nie myślałoby mu się dużo lepiej, gdyby Dean, kurwa, PRZESTAŁ JĘCZEĆ.
      - DEAN!
     
- Cooo…ooooo…ooooo…ooooo – jęczy Dean i to brzmi zupełnie jak… NIE.
      - Przeszkadzasz mi. Próbuję pracować. W przeciwieństwie do niektórych.
      - Niektórzy mają wstrząs mózgu pooo…ooo tym, jak zostali rzuceni oooooch…oooooo ścianę, próbując ratować tyłek swojemu irytującemu bratu, i potrzebują odrobiny odpoczynkuuuuuuuu…uuummmmmmm.
      - I oczywiście trzęsące się łóżko uważasz za najlepsze remedium na wstrząs mózgu.
      - Morda w kubeł. Magiczne Paluszki są dobre na wszystkoooooo – jęczy Dean. Sam dobrze widzi, że Dean jest zielony na twarzy i że lada chwila nadejdzie pora na Pana Wiaderko, ale nie ma na świecie osoby bardziej upartej niż jego brat, jeśli chodzi o folgowanie swoim chorym nałogom. W dodatku przez całą poprzednią sesję Paluszków Dean próbował jednocześnie jeść ciasto wiśniowe z bardzo płynnym nadzieniem, co oczywiście skończyło się tak, że teraz łóżko pokryte jest okruchami, a Dean usmarowany krwiście czerwoną papką, jakby jakieś stworzenie eksplodowało mu tuż przed twarzą, obryzgując go wnętrznościami, albo jakby Dean robił dobrze lasce z okresem, ugh, STOP, żadnych skojarzeń z seksem, kiedy myślisz o swoim bracie, Sam! Masz już wystarczająco przerąbane w życiu. Więc Sam robi suczą twarz, którą Dean całkowicie ignoruje, i wraca do guglowania.
      Przez to jęczenie nie słyszy szumu skrzydeł i dopiero grobowe „Witaj, Dean. Sam.” uświadamia mu, że w pokoju pojawił się Castiel.
      - Heee…eej, Caaaa…aaaa…aaaaaaa…aaas – jęczy Dean i Sam przeklina go w myślach, bo to najbardziej wyuzdane powitanie, jakie kiedykolwiek słyszał z ust swojego brata.
      Ekhem. Nie żeby często słyszał takie powitania. Z ust swojego brata, znaczy.
      Castiel wygląda trochę nieswojo i wyraźnie omija wzrokiem rozciągniętego na wibrującym łóżku, upacianego wiśniowymi flakami Deana.
      - Przynoszę… – odchrząkuje nerwowo. – Przynoszę wieści na temat artefaktu, który może pomóc mi pokonać Rafaela bez konieczności sięgania po zawartość Czyśćca.
      - O – Sam zamyka laptopa, a Dean otwiera oczy. – Możemy ci jakoś pomóc?
      Castiel kiwa głową, nadal zwracając się do Sama.
      - Właśnie po to przybyłem. Artefakt znajduje się w domu obwarowanym anty-anielskimi sigilami i, ponieważ Dean miał mi za złe, że wcześniej nie zwróciłem się do was po pomoc, uznałem, że może zechcecie go dla mnie zdobyć.
      Samowi nie umyka sposób, w jaki Castiel wymawia imię Deana. Lekko zadyszany sposób.
      - Mamy go rąbnąć, tak? – pyta Dean, który oczywiście nie zauważa niczego.
      - Jestem pewien, że właściciel domu zgodzi się użyczyć wam swojej własności, jeśli wyjaśnicie mu, do czego jest wam potrzebna.
      - Jasne. Sam, idziemy powiedzieć kolekcjonerowi antyków, że jego starożytny wichajster jest potrzebny aniołowi w prochowcu, żeby mógł skopać tyłek innemu aniołowi, który chodzi w ciele kobiety, ale tak naprawdę jest facetem, a tak zupełnie naprawdę to jest bezcielesną i bezpłciową falą czegoś tam, a to wszystko po to, aby uratować świat przed Apokalipsą 2: Reaktywacją, bo tę wcześniejszą już powstrzymaliśmy. Och, i powiemy to facetowi, który ma na ścianach anty-anielskie sigile, jak każdy przeciętny Amerykanin. Czy tak, Cas?
      - To był sarkazm, Dean? Dobrze wiesz, że nie potrafię go odróżnić od zwykłego stwierdzenia.
      Dean wzdycha i oczywiście wibrujące łóżko przekształca ten dźwięk w coś rozpustnie obscenicznego. Castiel przełyka ślinę, a Sama nagle zalewa fala współczucia.
      - Jasne, że pomożemy – mówi szybko. – Nie zwracaj na niego uwagi – Sam z pełną premedytacją udaje, że nie słyszy, jak Castiel mruczy „właśnie próbuję”. – Wiesz przecież, że to debil…
      - Heee…eej! – jęczy perwersyjnie Dean.
      - …więc po prostu powiedz nam, dokąd mamy pójść, a my to załatwimy.
      Castiel wyraźnie się rozjaśnia, chociaż na krótko, bo kolejny odgłos z łóżka Deana znów wytrąca go z równowagi i w oczach anioła pojawia się coś na kształt popłochu. Szybko wsuwa dłoń do kieszeni prochowca i wyciąga z niej kartkę papieru.
      - Adres. Spotkamy się na miejscu.
      - Nie podrzucisz nas? – Sam marszczy czoło. Z adresu wynika, że podróż Impalą zabierze im co najmniej dwa dni.
      - Dean… – Castiel urywa i odchrząkuje. – …nie lubi podróżować w ten sposób. Pomyślałem, że wolałby tam pojechać.
      - I dobrze pomyślałeś – mamrocze Dean. – Cieszę się, że pamiętasz.
      Castiel znika bez słowa. W chwilę później łóżko Deana przestaje wibrować i Dean wzdycha smutno, ale nie wrzuca kolejnej ćwiartki. Pewnie mu zabrakło. Sam nie ma najmniejszego zamiaru wesprzeć brata w potrzebie.
      - Sammy – mówi w końcu Dean. – Coś jest nie tak z moim aniołem.
      Sam ma ochotę wrzasnąć i rąbnąć Deana w ten głupi łeb.
      - Co ty nie powiesz – W jego głosie wcale nie ma uszczypliwości. Wcale.
      Dean podnosi się na łokciu.
      - Też to zauważyłeś? Dziwnie się zachowuje. Jakoś tak… nie jak Cas.
      - To znaczy?
      - Bo ja wiem…
      Sam przewraca oczami. Tak, to prawda, do tej pory nie zdobył się na odwagę, by przeprowadzić z Deanem Poważną, Męską Rozmowę o Konsekwencjach Bałamucenia Anioła Pańskiego Po Pijaku, ale miał nadzieję, że Dean jakoś sam się domyśli, co w trawie piszczy. I może by się domyślił, gdyby nie był taką emocjonalną kaleką.
      - Nie patrzy mi w oczy – mówi tymczasem Dean. – Nie pojawia mi się na głowie, nie włazi do moich snów, pozwala nam jeździć, zamiast bez pytania przeteleportować nas na miejsce… To nie jest normalne, Sam. Widzisz to, prawda?
      - Widzę. – Rany boskie, Dean, domyśl się wreszcie, idioto.
      - Anioł mi się popsuł, Sammy – mówi z niepokojem Dean.

przerwa na reklamy   

  
W moich opowiadaniach Dean zawsze tak wygląda, kiedy je. Deal with it.
  
część 2



Date: 2012-04-12 04:12 pm (UTC)
From: [identity profile] kasssumi.livejournal.com
" - Anioł mi się popsuł, Sammy – mówi z niepokojem Dean."

O.o

Date: 2012-07-21 04:54 pm (UTC)
From: (Anonymous)
jahahahahhahahahahahahahahah:D umieram, ze śmiechu, dusząc się, chrupkami.... phffffff... hahaha:D genialneXD

Date: 2012-11-04 11:58 pm (UTC)
From: [identity profile] ewcia20212.livejournal.com
Właściwie po przeczytaniu tego mam ochotę zrobić dokładnie to samo co kasss, bo.to.jest.mega!
Właściwie to współczuję Castielowi. Samowi zresztą też, bo Dean jest tak niedomyślną istotą, że to aż czasami boli, a w tej chwili patatajam czytać dalej, bo chcę dalszych perełek tego typu <3

Profile

hannibunnylecter: (Default)
hannibunnylecter

February 2016

S M T W T F S
 123456
7 8910111213
14151617181920
21222324252627
2829     

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Oct. 18th, 2017 04:23 pm
Powered by Dreamwidth Studios