hannibunnylecter: (Default)
[personal profile] hannibunnylecter

Tytuł: Kolejny Czyśćcowy drabble
Autorka: [livejournal.com profile] lucyannethropy
Pairing: Dean/Castiel
Notka: Fak jea, znowu wracam do pisania horrorów. Nie mam pojęcia, co mi tu wyszło, ale fajnie się pisało, więc publikuję. Indżoj. Or not.
Notka 2: Zainspirowane tym postem.
Notka 3: Dostępny też na Tumblrze.


      Przedzierają się właśnie przez morze paproci – miła odmiana po morzu pokrzyw, w którym brnęli przez dwa ostatnie dni – kiedy Castiel zatrzymuje się bez ostrzeżenia i Dean wpada na niego, obijając sobie nos o tył głowy anioła. Castiel nawet nie drgnie, zastygły w bezruchu i naprężony niczym cięciwa, więc Dean tłumi w sobie chęć zrugania go i, chwyciwszy się za pulsujący bólem nos, zerka na boki i ponad ramieniem anioła, węsząc niebezpieczeństwo. Już od wielu dni nie natknęli się na żadnego z czyśćcowych odmieńców, więc nerwy Deana są napięte jak postronki i jest pewien, że jeśli w pobliżu coś się czai, bez trudu zdoła to zauważyć. Niczego jednak nie widzi ani nie wyczuwa, a Castiel wcale nie wygląda, jakby dostrzegł coś podejrzanego. Po prostu stoi. Nieruchomo, jeśli nie liczyć lekko drżących ramion.

        Dean marszczy brwi i wyciąga rękę, by go dotknąć, ale cofa ją jak oparzony, gdy dociera do niego, że ramiona Castiela trzęsą się od wstrzymywanego śmiechu.

      Jezu, tylko nie to. Nie znowu. Nie teraz, kiedy wydawało się, że już wszystko w porządku.

      Ale przecież w życiu Deana Winchestera nigdy nic nie jest w porządku.

      Castiel odwraca się powoli i Dean przełyka ślinę, tłumiąc jęk rozpaczy.

      Nie ma czasu nawet mrugnąć, bo w ułamku sekundy ląduje na plecach, przygnieciony rozszalałą, bezmyślną furią, w jaką zmienił się Castiel, i jedyne, co może zrobić, to unieść ramię i osłonić twarz przed kłapiącymi szczękami anioła, które nagle zdają się jeżyć setkami szpilowatych zębów. Dean nie wie, czy to halucynacja, czy może Cas wciąż jest opętany przez jakiegoś zapomnianego Lewiatana, który uczepił się resztek jego Łaski, gdy ta eksplodowała w wodzie, a może to jakaś część tej Łaski, zanieczyszczona kontaktem z milionami przeklętych dusz, zmutowała w to pozbawione rozumu stworzenie, które próbuje wyrwać się na wolność, ilekroć Cas traci czujność; a może to trująca, ropiejąca atmosfera Czyśćca próbuje przepoczwarzyć go w coś, co będzie dla niej łatwiej przyswajalne. Łopoczące na granicy widzialności skrzydła anioła są powykrzywiane, połamane, przypominają wysuszone gałęzie drzew, na których wiszą resztki liści, poczerniałych, przegniłych, martwych. Oczy Castiela są szeroko otwarte, ale źrenice zwężone tak, że stanowią jedynie ledwo widoczne punkciki w oceanie stalowo-niebieskiego szaleństwa. Z jego gardła wyrywają się nieludzkie, charczące dźwięki, ślina tryska na twarz łowcy i Dean nagle znów jest w tamtym pokoju z Lilith i Samem, przyszpilonym do ściany, patrzącym na niego bezradnie, z piekielną bestią, która rozdziera go, pożera żywcem i wyszarpuje z niego duszę, i łowca musi z całych sił uczepić się rzeczywistości, by samemu nie dać się porwać obłędowi, który toczy anioła.

      Ale gdy spod powiek Castiela zaczyna broczyć gęsta, czarna maź, z ust Deana wyrywa się szloch i nie ma już znaczenia, czy to się dzieje naprawdę, czy tylko mu się tak wydaje.

      - Cas, Cas, ocknij się, do diabła – krzyczy, próbując odepchnąć szczęki anioła. Castiel śmieje się, odrażającym, zawodzącym śmiechem, który brzmi bardziej jak skowyt, z łatwością unika dłoni Deana i zatapia zęby w jego ramieniu. Przed oczami Deana robi się ciemno, nie tylko dlatego, że zalewa je jego własna krew i strumienie czarnej mazi z ust i oczu Castiela. Z całych sił szarpie ręką i uwalnia ją, pozostawiając między zębami anioła kawał ciała, który Castiel przeżuwa, mrużąc w zadowoleniu oczy. Dean nie traci czasu i rąbie zdrową pięścią pochłoniętego przełykaniem anioła w podbródek; kąt uderzenia nie jest najlepszy, ale łowca wkłada w niego całą swoją energię i głowa Castiela odskakuje do tyłu, a wtedy wystarcza już kilka gwałtownych ruchów, by zrzucić go z siebie, pchnąć na ziemię i przydusić do niej własnym ciałem.

      Czyściec ogranicza moc Castiela i chociaż w swojej prawdziwej postaci anioł wciąż pozostaje nieludzko silny, wrogie środowisko nie pozwala mu jej przyjmować na dłuższy czas, a zredukowany do ludzkiego naczynia może polegać tylko na jego mięśniach. Teraz jednak wspomaga go szaleństwo i Dean nie może sobie pozwolić na najdrobniejszy błąd, więc bez wahania zaciska pięść i zagryza wargi do krwi, i nie przestaje bić, aż zmasakrowana twarz Castiela traci swój zwierzęcy wyraz i Cas zaczyna skamleć, czepiając się słabo ramion Deana, by go powstrzymać.

      Dean zatrzymuje się dopiero, gdy Castiel złamanym głosem wymawia jego imię, a wtedy łowca osuwa się na ziemię obok anioła, dysząc ciężko i tuląc do piersi obie dłonie – jedną pogryzioną do kości, drugą posiniaczoną i poobcieraną od ciosów. Powietrze i wszystko wokół nich cuchnie krwią i strachem. Dean ma wrażenie, że cały przesiąkł tym smrodem, że nigdy się go nie pozbędzie, nawet jeśli jakimś cudem uda im się stąd wydostać. Na co już dawno stracił nadzieję.

      Oddech Castiela jest urywany, rzężący, Dean musiał uszkodzić mu tchawicę, kiedy w pewnym momencie zacisnął palce na jego szyi, ale z każdą chwilą robi się coraz cichszy i bardziej regularny, w miarę jak Łaska przepływa przez jego ciało, zaleczając rany i przywracając jasność umysłu. W końcu Dean nie słyszy już nic poza własnym, świszczącym dyszeniem. Jeszcze kilka dni temu w tej ciszy rozległby się głos Castiela, jego pełne poczucia winy „Dean…” i „Może powinniśmy…”, i „Nie chcę cię…”, ale Castiel już wie, że jedyną odpowiedzią Deana byłoby cedzone przez zaciśnięte z bólu zęby „Zamknij się, Cas. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo”, więc anioł w milczeniu, nie patrząc na niego, ujmuje jego dłonie i uzdrawia je, po raz setny, tysięczny, a Dean zamyka oczy i usiłuje nie myśleć o tym, co będzie musiał zrobić, gdy któregoś dnia nie zdoła przywołać Castiela z powrotem.



Date: 2012-11-05 12:59 am (UTC)
From: [identity profile] ewcia20212.livejournal.com
Wow! Niby krótkie, a takie wspaniałe. Cóż, miejmy nadzieję, że zawsze bedzie dał radę przywołać swojego prawdziwego Casa, bo nie poradzi sobie bez niego, obojętnie co by tam nie mówił i za jak bardzo męskiego chciałby uchodzić. Destiel to prawie moje OTP, więc nie ma nawet mowy, żeby go zabrakło i niech Cas nie waży mi się tracić czujności i pozwolić, żeby Lewiatan przejął nad nim kontrolę. Nie ma nawet najmniejszej opcji. O ile przy porolku to jest mile widziane, to tutaj nie, nie i jeszcze raz nie, bo chciał skrzywdzić Deana.

Ale i tak Cię kocham, bo nawet jeśli moje uczucia krzyczą "Jak mogłaś" to nadal mi się podoba.

Date: 2012-11-05 08:28 am (UTC)
From: [identity profile] lucyannethropy.livejournal.com
Żaden z nich nie potrafiłby już sobie poradzić bez tego drugiego, tak sądzę. Szczerze mówiąc, wydaje mi się nawet, że Cas miałby dużo trudniej, gdyby zabrakło mu Deana. W końcu oddał dla niego wszystko, łącznie ze swoją anielskością, więc Dean jest jedynym, co mu pozostało. W jednym z big bangów jest cudowna scena w Czyśćcu, kiedy Dean i Cas są rozdzieleni i Cas mówi, że bez Deana jest niczym, i że za każdym razem, kiedy próbował być czymś, udawało mu się to tylko wtedy, gdy Dean był przy nim. Poryczałam się przy tej scenie jak nie wiem co, a już nawet nie wspomnę końcowych rozdziałów Redemption Road, bo ledwo je mogłam przeczytać przez łzy.

Dlatego w moim fiku z Levi!Casem to tak naprawdę jest Castiel, a nie Lewiatan. Kocham Levi!Castiela, ale nie mogłabym odebrać Deanowi jego anioła tylko po to, by zmusić go do seksu z zupełnie obcą mu istotą, w dodatku noszącą twarz Casa. DESTIEL 5EVA.

Profile

hannibunnylecter: (Default)
hannibunnylecter

February 2016

S M T W T F S
 123456
7 8910111213
14151617181920
21222324252627
2829     

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Sep. 25th, 2017 06:07 am
Powered by Dreamwidth Studios