hannibunnylecter: (Default)
[personal profile] hannibunnylecter
Tytuł: Upadły
Tytuł oryginalny: Fallen
Autorka: [livejournal.com profile] sakuri69
Przekład: [livejournal.com profile] lucyannethropy
Beta: [livejournal.com profile] lobobathory
Pairing, postacie: Demon!Dean/Upadły!Castiel, Demon!Sam



Upadły

      Trzeba zacząć od tego, że żaden z nich niczego się nie domyślił. W końcu Cas nie ma żadnego mocomierza, który mogliby co jakiś czas sprawdzać. Do diabła, nie są przecież nawet w stanie zobaczyć jego skrzydeł, bo ich widok prawdopodobnie spopieliłby demony na miejscu, a jeśli upadły anioł miał kiedykolwiek aureolę, to jej światło musiało zgasnąć już dawno temu jak przepalona żarówka.
      Więc kiedy zdarza się to po raz pierwszy, Dean uznaje to za coś cholernie zabawnego, i dopiero później uświadamia sobie ogrom swojej pomyłki.
      Dla odmiany nie zatrzymują się w motelu. Krążyli właśnie po podmiejskich osiedlach, kiedy Dean uznał, że czas zatrzymać się na noc, zbyt zirytowany bolesnym skurczem w szyi, by dłużej prowadzić samochód. Włamali się do uroczego bliźniaka, ulokowali Impalę w garażu i teraz rozgaszczają się w wygodnym, przytulnym pokoju od frontu, podczas gdy ciała właścicieli stygną sobie w piwnicy. Dean rozgląda się po ich rodzinnym mieszkanku czarnymi oczami i z szyderczym uśmieszkiem, upuszcza torbę na dywan przed kominkiem i pogwizduje z aprobatą.
      - Wiecie co? Mógłbym się do tego przyzwyczaić. Niezłe tiwi, darmowe żarcie, tapeta, która nie wypala mi rogówek.
      Sam parska w roztargnieniu, przeglądając zawartość biblioteczki zawieszonej na ścianie.
      - Nom, i może chociaż raz będę miał swój własny pokój. Bo wiesz, nie ma to jak leżeć i słuchać, jak wy dwaj miziacie się na sąsiednim łóżku… - mruczy złośliwie, rzucając Deanowi łypiące spojrzenie znad ramienia. Unosi brew i drapie się delikatnie po policzku. – Stary, masz coś, o, tutaj.
      Dean przeciera dłonią twarz, rozmazując jasnoczerwoną krew po całej szczęce. Sam przewraca oczami i odwraca się z niesmakiem.
      Castiel spaceruje bezgłośnie po pokoju, szturchając palcem i postukując w przypadkowe błyskotki, które akurat przyciągną jego uwagę. Marszczy brwi, patrząc na pomalowaną figurkę psa, jakby ta osobiście go obraziła, a potem ostrożnie ujmuje w dłonie doniczkę z małym kaktusem – pewnie komunikując się z nim albo co. Dean przez jakąś minutę obserwuje go z pobłażliwym rozbawieniem, kręci głową, gdy Castiel przez przypadek psika sobie w usta perfumami w sprayu, odwraca się na pięcie i idzie do kuchni.
      Jest ładna. Daleko jej do większości obskurnych motelowych kuchenek, z którymi musieli użerać się przez lata. Na wyeksponowanym pośrodku blacie jest nawet stojak na wino, i Dean ściąga po drodze jedną z butelek, odkorkowując ją swoją demoniczną mocą. Bierze łyk, krzywi się nieznacznie, bo wino ma cierpki smak, i z odrazą odstawia butelkę. Lodówka stojąca pod ścianą to prawdziwy potwór i Dean otwiera ją z dreszczykiem radosnego oczekiwania.
      Jego szczęka opada tak nisko, że ląduje praktycznie na podłodze, gdy oczy zalewa mu morze zieleni.
      - Jasna cho…! Pieprzona zdrowa żywność, Sammy! Szansa jedna na milion!
      Rzecz jasna, jego braciszek przykicuje szybciej, niż gdyby Dean wrzasnął „Na pomoc! Ktoś oblewa mnie wodą święconą!”. Wredna sucz.
      - Hej, świeżutka kantalupa – Sam rozjaśnia się, pokazując palcem, głupi jajogłów. – Chcesz trochę?
      - Kanta…? Nie, nie chcę trochę! Pizza, Sam. Chcę pizzę.
      - To sobie zamów.
      - To za długo trwa.
      To powiedziawszy, Dean wraca do gościnnego pokoju, gdzie Castiel zdaje się pochłonięty zabijaniem wzrokiem własnego odbicia w lustrze. Dean odchrząkuje.
      - Jeśli nie jesteś zbyt zajęty, to może skoczyłbyś po jakiś obiad?
      Anioł rzuca mu puste spojrzenie, rozprostowując ramiona.
      - Co byś chciał?
      - Wiesz, że nie jestem wybredny. Pizza. Pepperoni. Piwo. Sam zadowoli się tą toną sałaty, którą właśnie znalazł.
      Castiel kiwa głową i znika w mgnieniu oka. Dean nie ma zamiaru ruszyć się z miejsca. Anioł mógłby oblecieć kulę ziemską w trzy sekundy; skok do pizzerii za rogiem to dla niego pryszcz. Dean lada chwila oczekuje łopotu skrzydeł i inwazji na jego przestrzeń osobistą.
      Zamiast tego wzdryga się, kiedy za oknem rozlega się ogłuszający, metaliczny hurgot i następujący zaraz po nim pisk alarmu samochodowego. Dean klnie pod nosem, doskakując do okna z pistoletem w ręku. Uchyla palcem żaluzje i patrzy na ciemną ulicę. Sam staje za nim.
      - Co się tam dzieje?
      Rzadko zdarza się, że łowcom albo innym demonom udaje się trafić na ich ślad, ale czasem się zdarza. Dean potrząsa niepewnie głową.
      - Nie w… - urywa, mrużąc oczy, jakby dzięki temu mógł dostrzec coś więcej. – Co u diabła?

      xxx

      Zanim jeszcze zdążył dojść do końca dróżki wiodącej przez sielankowy ogródeczek, minąć ogrodzenie z pomalowanych na biało deszczułek i wyjść na ulicę, Dean zaczyna uważać to za jakiś żart. Rozkłada ręce, zbity z tropu.
      - Stary, chybiłeś?!
      W niebieskiej Toyocie sąsiada jest wgniecenie o kształcie Castiela, okruchy dwóch szyb leżą na ziemi, a małe autko jazgocze i błyska światłami, ogłaszając swój protest wobec tak złego traktowania całemu osiedlu. Anioł wygląda jak kupka prochowców rzucona na chodnik, mruga powoli i patrzy w górę nieobecnym wzrokiem, jakby nie miał pojęcia, co się właściwie stało. Jego widok przywodzi Deanowi na myśl filmik z Youtube’a, który Sam kiedyś mu pokazał, ten ze szczeniakiem, który wpada w rozbiegu na szklane drzwi prowadzące na patio. Dean szybko podnosi pięść do ust, by ukryć złośliwy uśmiech, a potem rujnuje cały efekt, chichocząc na całego, kiedy zmieszanie na twarzy Castiela przeradza się w gniewne marszczenie brwi. Demon lituje się w końcu i wyłącza świdrujący w uszach alarm machnięciem ręki, przywracając nocy pozory spokoju.
      Sam zbliża się do nich z rękami w kieszeniach.
      - No tak. Tego jeszcze nie było.
      - Cas… poważnie, co u diabła? – Dean wciąż stara się zrozumieć, co się stało.
      Anioł nie próbuje się podnieść, a jego twarz zmienia się coraz bardziej. Uhm. Znaczy, oczywiście, na tyle, na ile twarz Castiela to potrafi: to ledwie widoczne drgnienia mięśni wokół ust, maleńkie zmarszczki pojawiające się na czole, drobne ruchy gałek ocznych, które u kogokolwiek innego byłyby spanikowanym przewracaniem oczami. To trochę smutne, że Dean potrafi go tak dobrze odczytać, ale w tym momencie jest z tego raczej zadowolony. Uśmiech demona znika z jego twarzy i Dean robi pełen wahania krok do przodu. Coś jest nie w porządku.
      Drzwi domu, przed którym stoją, otwierają się i wyskakuje z nich właściciel Toyoty, w piżamie i futrzastych łapciach. Wrzeszczy coś o krzywdzie, jaka spotkała jego drogocenne autko, i to jest zawracanie głowy, bez którego Dean mógłby się doskonale obejść.
      - Sam – rzuca.
      - Zaraz się tym zajmę.
      Kątem oka Dean widzi, jak Sam, poruszając się bezszelestnie, zatrzymuje faceta, zanim temu udaje się minąć próg. Słychać mokre westchnienie, po którym wrzask nagle ustaje. Dean jest zadowolony. Nie marnuje czasu na sprawdzanie, co Sam robi ze zwłokami, klęka przy aniele i sięga, by chwycić go za ramiona.
      - Cas! Co jest, człowieku, co się dzieje?
      Castiel jeszcze bardziej marszczy brwi.
      - Nie uniosły mnie – odpowiada, jakby to cokolwiek wyjaśniało.
      - Hę?
      - Moje skrzydła. – Niebieskie oczy spotykają spojrzenie Deana. Jest w nich strach. – Dean, moje skrzydła mnie nie uniosły. Nie… nie działają prawidłowo. – Głos anioła jest niski i chropawy i Dean od razu domyśla się, że to jest prawdziwa panika, i jego niepokój wzrasta proporcjonalnie.
      - Cas… - nagle uświadamia sobie, że nie ma pojęcia, co powiedzieć. Czy anioł jest chory? Ranny? Nie ma jednak czasu zastanowić się nad dalszym postępowaniem, bo Castiel odpycha go nagle. Dean ląduje na tyłku, a anioł na czworakach. Rozlega się ostry trzask i Castiel znów znika.
      Tylko po to, by niezgrabnie wylądować trzy domy dalej i poturlać się po asfalcie. Dean wstaje powoli, czując, jak coś zaczyna go boleśnie kłuć w piersi na widok próbującego wzlecieć anioła.
      - Cas.
      Nocne powietrze znowu rozdziera odgłos łopoczących skrzydeł, też bez większego skutku.
      Dean rusza naprzód. Nie wie dokładnie, co zamierza zrobić, ale wie, że musi to powstrzymać. Mija Sama, nawet na niego nie patrząc, świadom, że jeśli to zrobi, ujrzy współczucie w czarnych oczach brata.
      - Castiel! – krzyczy, idąc środkiem drogi, nadając swojemu głosowi bardziej autorytatywny ton.
      Ale anioł chyba go nawet nie słyszy, znowu rozpaczliwie trzepocze skrzydłami, tym razem lądując twarzą na ziemi kilka stóp dalej. Nawet z tej odległości Dean widzi, że Castiel się trzęsie, albo z bólu, albo ze strachu, i kiedy anioł wydaje stłumiony odgłos, pozbawiony słów, ale pełen przerażenia, to przesądza sprawę.
      Dean rzadko korzysta z mocy, ale teraz rzuca się do przodu i zamyka dzielący ich dystans, pojawiając się tuż nad Castielem. Przygniata do ziemi jego szamoczącą się postać, używając całej swojej demonicznej siły, by go unieruchomić (i jest w duchu zaniepokojony łatwością, z jaką mu to przychodzi). Castiel walczy przez chwilę, ale w każdym jego ruchu jest przerażająca słabość.
      - Przestań! – warczy Dean, napierając na plecy anioła. – Powiedziałem: przestań, Castiel.
      W końcu do anioła docierają jego słowa. W ciągu ostatniego roku Dean narzucał Castielowi swoją władzę do tego stopnia, że czasami nie mógł uwierzyć, jakim cudem uchodzi mu to na sucho, ale najwyraźniej to wciąż działa. Castiel drży, ale przestaje się wyrywać, oddychając płytko i szybko przez nos. Patrzy w bok, a jego jedyne widoczne oko wpatruje się w Deana wyczekująco. Dean ma wrażenie, jakby uspokajał zdenerwowane zwierzę.
      Dziwnie roztrzęsiony, demon podnosi się nieco. Nie ma ochoty wstawać, na wypadek, gdyby Cas znów próbował… odlecieć. Ma niemal pewność, że to nie skończyłoby się dobrze.
      - Dean… - Castiel brzmi, jakby zupełnie się załamał. – Nie mogę…
      - Uhm, widzę. – Dean waha się przez chwilę, myśląc nad tym, co powiedzieć. – To… Wszystko będzie dobrze, okej? Jesteś ranny. – W jego głosie jest więcej pytającej nuty, niżby chciał.
      Ale Cas kręci głową.
      - Gorzej – mówi z naciskiem, monotonnie. – To jest… myślę… Dean, myślę, że w końcu upadłem.
      Demon musi przyznać, że jest w kropce. Biorąc pod uwagę czas, jaki anioł z nimi spędził, i rzeczy, jakie dla nich zrobił, Dean był przekonany, że Castiel upadł już tak nisko, że niżej nie można.
      - Myślałem…
      - Teraz tedy będziesz przeklętym na ziemi, która otworzyła paszczę swą i przyjęła krew brata twego z ręki twojej – mówi uroczyście Castiel i nie trzeba być geniuszem, aby się domyślić, że to cytat, bez wątpienia z Biblii. – Mordowałem anioły, Dean. Moje rodzeństwo. Dla ciebie.
      Dean dobrze o tym wie i nawet teraz nie może zapanować nad dumą, egoistyczną i zupełnie nie na miejscu, która się w nim rozpala.
      - Wygląda na to, że moja Łaska miała ograniczoną wytrzymałość i w końcu opuściła mnie na dobre – mamrocze Castiel, a potem wydaje z siebie odgłos, który brzmi jak chichot, tylko że jest zbyt histeryczny jak na gust Deana.
      Domy wokół nich rozjarzają się światłami i ich mieszkańcy wyglądają z ciekawością zza zasłon, zaalarmowani zamieszaniem. Ludzie gapią się na nich, prawdopodobnie nie wiedząc, jak mają rozumieć widok dwóch mężczyzn przycupniętych razem na środku ulicy. Sam staje nad nimi jak jakiś gorylowaty ochroniarz. Będą świadkami, uświadamia sobie Dean, kiedy odkryją trupy, które po sobie zostawiliśmy. Zastanawia się beznamiętnie, czy FBI znów zacznie na nich polować.
      Schodzi z Castiela, siada na ulicy i, zgrzytając zębami, przyciąga go do siebie. Anioł kuli się przy nim bez protestu, jakby otępiały, i Dean otacza ramieniem jego szczupły, kruchy tułów, wsuwając je pod zbyt duży płaszcz. Rozumie to, czego Castiel nie mówi, albo przynajmniej tak mu się wydaje. Latanie to dopiero początek. Zmusili go, by posunął się za daleko. Całkowicie splugawili jego Łaskę.
      Teraz, w ramionach Deana, Castiel staje się człowiekiem.
      Dean nie bardzo wie, jak na to zareagować.



Profile

hannibunnylecter: (Default)
hannibunnylecter

February 2016

S M T W T F S
 123456
7 8910111213
14151617181920
21222324252627
2829     

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Jul. 28th, 2017 12:44 am
Powered by Dreamwidth Studios